Lifestyle, Przemyślenia

Wegańskie hot-dogi na Orlenie. Czym drażnią wegan?

Jakiś czas temu świat obiegł elektryzujący news: na stacji paliw Orlen będą dostępne hot-dogi w wegańskiej wersji, czyli z parówką sojową w środku. Był to news tak zaskakujący, że podobno nawet sam prezydent Trump spytał swoich doradców jak w tej sytuacji powinien zareagować. A mówiąc poważnie: news jak news, po części osób ta wiadomość spłynęła jak po kaczce, część osób przejęła się na tyle, by wyrazić swoje zdanie w komentarzach pod postami.

Komentarze te nic a nic mnie nie zaskoczyły. Od lat nic się nie zmieniło. Część osób ucieszyła się z tej, jakby nie patrzeć, dobrej, wiadomości. Oczywiście w większości były to osoby nie jedzące mięsa. W pełni ich rozumiem, bo wiem, że weganie największy problem mają nie z gotowaniem w domu, tylko z jedzeniem na mieście i w podróży. Także jest to spory krok do przodu ułatwiający życie wielu osobom.

Z drugiej strony mamy mięsożernych trolli* (nie ja wymyśliłam tę nazwę, ale trzeba przyznać, że jest wyjątkowo trafna), którzy uprzejmie przypominają, że nie ma czegoś takiego jak parówka sojowa, bo parówka to twór z mięsa, przy czym nie omieszkają przy tym cytować haseł ze słownika. No proszę, złośliwość ludzka potrafi niesamowicie mobilizować ludzi, którzy na co dzień raczej ze słownika nie korzystają, ochoczo używając „bynajmniej” i „przynajmniej” jako synonimów. Wiedza tych językoznawców nie sięga jednak zbyt daleko i nie wiedzą na przykład tego, że język to jest żywy twór, który ewoluuje, że słowa zmieniają czy poszerzają swoje znaczenie, gdyż są odzwierciedleniem rzeczywistości, która co oczywiste również się zmienia i ewoluuje. Ciągle. Kilkadziesiąt lat temu wegetarian było tyle co ludzi na Marsie, więc i parówek sojowych nie było. Ludwik Wittgenstein powiedział takie mądre zdanie:

Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata

Także obawiam się, że wasza, drodzy przeciwnicy parówek sojowych, walka z tą nazwa przypominać będzie próbę zrobienia z ojca Rydzyka porządnego człowieka, bo zakorzeniła się ona w języku na dobre. Na pocieszenie mogę wam powiedzieć, że pies mojej mamy ich nie lubi.

Przeciwnicy wegańskich hot-dogów wytaczają jeszcze inne działa: od zdziwienia, że jak to tak weganie i fast foody?!, do delikatnych sugestii mających zachęcić nas, wegetarian i wegan do spożywania trawy i kamieni. Dziękuję, ale nie skorzystam.

I o ile komentarze przeciwników diety bezmięsnej w ogóle mnie nie dziwią, a wszystkie ich argumenty znam na pamięć, o tyle największy problem mam z samymi weganami krytykującymi te nieszczęsne wegańskie hot-dogi. Jak to, pomyślicie, weganie krytykują wegańskie hot-dogi?

Jeśli wasza mama, babcia czy pan Zdzisiu spod monopolowego mówili wam, żeby się nie przejmować tym, co mówią ludzie, bo nigdy się wszystkim nie dogodzi, to ja wam powiem, że mieli rację. Od kilku lat obserwuję nastawienie niektórych wegan do wegańskich nowości, którym zawsze coś nie pasuje. A to, że produkt nie jest w 100% „czysty” i ma jakieś śladowe ilości, a to, że produkuje go firma, która testuje na zwierzętach. Jak wchodzi do sklepów jakiś nowy produkt, gotowiec, to źle, bo lepiej zrobić samemu i to najlepiej z fasoli. Bo zdrowiej, taniej i w ogóle. No i wizja weganizmu jako czegoś czasochłonnego jest jakoś tak bardziej kusząca, prawda? W końcu wiadomo, że cierpienie uszlachetnia. Dalej. Jak jakaś firma ogłosi, że wycofuje jajka „trójki” to źle, bo czemu dopiero za trzy lata. Jak właśnie wege parówki na orlenie to źle bo to fast food, a fast foody to zło nieważne czy wegańskie czy nie. Kolejny mega absurdalny argument: Orlen to spółka, która sponsoruje PiS, a PiS nie jest pro wegański…

Jak czytam takie bzdury to mam ochotę powiedzieć: czy wy nie widzicie, że przez taką postawę zniechęcacie ludzi do tej idei, do chęci spróbowania czegoś nowego? Czy wy nie zdajecie sobie sprawy, że świat nie zmieni się w dziesięć minut? Że weganizm czy wegetarianizm nie polega na byciu „czystym” w 100% bo najzwyczajniej na świecie jest to niemożliwe?

W takich momentach wcale nie dziwię się, że ludzie niejedzący mięsa mają złą PR, uważani są za dziwaków czy oszołomów, których idea są wzięte z kosmosu i niemożliwe do zrealizowania. Że według nich to najlepiej zamieszkać w namiocie w dżungli amazońskiej i żywić się tym, co spadnie z drzewa. Albo lewitować, bo przecież rozstawiając namiot można nieopatrznie zabić jakieś mrówki. Mam jednak cichą nadzieję, że ci ludzie są w mniejszości.

Ja chcę weganizmu, który jest prosty, łatwo dostępny, i tak, czasami niezdrowy. Chciałabym żeby ludzie widzieli, że niejedzenie mięsa nie jest jakoś ekstremalnie trudne i że mimo, że się nie zmieni całej diety, to można normalnie, po ludzku od czasu do czasu spróbować czegoś innego. I może nawet to polubić. A wegańskie parówki na Orlenie to jest kolejna cegiełka, która buduje właśnie taki obraz weganizmu.

I dlatego uważam, że to jest dobra wiadomość. I z której się cieszę.

 

*Miesożerny troll – osoba, która nienawidzi wegetarian i wegan. Drażni ją/jego inność tych ludzi. Jego mózg nie potrafi ogarnąć jak ktoś może robić coś inaczej niż większość. Ulubione argumenty: człowiek ma kły, jaskiniowcy jedli mięso, lwy jedzą mięso – człowiek to drapieżnik, nie uratujesz wszystkich zwierząt. Zachęca do jedzenia trawy i kamieni. Gdzie występuje: najliczniej w Internecie (tam czuje się najbezpieczniej), ale możesz też ich spotkać w tzw. realu, w pracowniczych stołówkach, czy na przysłowiowych imieninach u cioci. Sposoby radzenia sobie z nimi: najlepiej ignorować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *