Przemyślenia, Recenzje

Rock is dead. Relacja z koncertu Guns n Roses

Podobno nie powinno się dwa razy popełniać tych samych błędów, więc gdy tylko dowiedziałam się, że Guns n Roses znowu zagrają w Polsce wiedziałam, że tym razem mnie tam nie zabraknie. Bilet kupiłam na długo przed planowanym koncertem i modliłam się tylko, żeby nie odwołali mi lotu, lub żeby nie wydarzyła się inna pechowa historia.

Ósmego lipca przyleciałam z Holandii i zameldowałam się na lotnisku Katowice-Pyrzowice. Wiedziałam, że słowo stanie się ciałem i za niecałe dwadzieścia cztery godziny usłyszę i zobaczę Guns n Roses na żywo. Po drodze zaliczyłam stan przedzawałowy, kiedy taksówkarz oznajmił mi, że z lotniska o wiele mówiącej nazwie Katowice-Pyrzowice jest około trzydziestu kilometrów do Katowic. „Wie pani, to lotnisko równie dobrze mogłoby się nazywać Częstochowa-Pyrzowice”, powiedział.

Przejdźmy do najważniejszego, czyli tego jak było na koncercie. Na początku zaznaczę, że nie jestem znawcą jeśli chodzi o muzykę. Nie jestem na bieżąco z nowościami, nie jeżdżę nałogowo na koncerty i nie potrafię powiedzieć czym różni się rock od metalu. O ile czymś się w ogóle różni. Kiedy ktoś mnie pyta jakiej muzyki słucham czy jaką lubię najbardziej, to zawsze mam problem z odpowiedzią. Lubię wszystko po trochu. Jako nastolatka słuchałam chyba najwięcej rocka, ale nigdy nie gardziłam też hip-hopem, popem czy muzyką z lat 80. i 90. Lubię też wykonawców powszechnie uznawanych za obciachowych. Nic nie wpada w ucho tak jak stare, dobre Cheri cheri lady.

No więc, mam kilka swoich zespołów i wykonawców, których lubię i słucham regularnie. No i zawsze było Guns n Roses. Dlaczego akurat ten zespół? Kolejne pytanie, z którym mam problem. Pamiętam jak chyba z piętnaście lat temu pierwszy raz usłyszałam i zobaczyłam Gunsów. W telewizji leciał akurat teledysk Paradise City. To była miłość od pierwszego wejrzenia i usłyszenia. Czasami (a może nawet często) ciężko wyjaśnić czemu wolimy jedną rzecz od drugiej. Tak po prostu jest i tyle. Wiele razy słyszałam  dziwne uwagi na temat swoich preferencji muzycznych: „Nie wyglądasz na kogoś, kto słucha takiej muzyki”. A jednak. Podobno nie wyglądam też na kogoś, kto lubi piwo. Tutaj jest chyba podobnie jak z tym, że się nie wygląda na kogoś, kto pali, albo z tekstem „Taka ładna dziewczyna nie powinna przeklinać!” 

Nie ukrywam, że jadąc na koncert byłam podekscytowana i pełna oczekiwań. Miało się spełnić moje marzenie. Dzień przed koncertem mówiłam do siebie: „Za kilkanaście godzin zobaczysz Guns n Roses na żywo!”. Oczami wyobraźni widziałam scenę podobną jak z teledysku Paradise City. Rozentuzjazmowany tłum fanów śpiewający największe hity, Axl szalejący na scenie, a gdzieś tam w tłumie, ja. Oczywiście w teledysku mnie nie było. Krótko mówiąc: miały to być niezapomniane wrażenia. Jak było naprawdę?

Moje oczekiwania zostały spełnione w połowie. Był Axl szalejący na scenie, był Slash dający czadu na gitarze, natomiast gorzej poszło z rozentuzjazmowanym tłumem.

Kupiłam bilet na koncert dlatego, że naprawdę lubię muzykę Gunsów i uważam, że nie jest przesadą nazywanie ich legendą rocka. Nie chciałoby mi się jechać taki kawał drogi, wydawać kasy na nocleg i taksówki, gdyby mi naprawdę nie zależało. Natomiast nie bardzo rozumiem obecności co niektórych osób, które „bawiły” się  na koncercie obok mnie. Fanami raczej ich nazwać nie można. Wyglądali raczej na ludzi, którzy znaleźli się tam przez przypadek. Tylko to nie był wiejski festyn, na którym przygrywał mało znany zespół disco polo, bilety kosztowały ponad trzysta złotych, tym bardziej ich obecność jest dla mnie niezrozumiała.

Oczywiście każdy ma prawo robić ze swoimi pieniędzmi co mu się podoba, ale chyba przyznacie, że siedzenie na ziemi i przeglądanie Instagrama w środku koncertu, tej właśnie legendy rocka, jest chyba lekką przesadą? Zwłaszcza, jeżeli ktoś kupuje bilety na płytę najbliżej sceny… Mogłabym zrozumieć gdyby koncert był beznadziejny, ale Gunsi zdecydowanie nie wzięli kasy za darmo.

Dalej. Koło mnie stały dwie dziewczyny, na oko czteranstolatki. Widać było, że też nie wiedzą za jakie grzechy znalazły się na tym koncercie. Zrobiły parę zdjęć, więc pewnie lajki na Instagramie będę się zgadzały, ale czy tylko po to tam przyszły? Być może za kilka lat będą się chwaliły, że były na koncercie Guns n Roses, na ich ostatniej trasie koncertowej (kto wie). Nie wspomną oczywiście, że ta muzyka to raczej je tak średnio interesowała.

Prawda jest taka, że Internet wszystko przyjmie, wystarczy jako tako wyjść na zdjęciu i dobrać odpowiednie hasztagi. A to, że akurat dodaje zdjęcie z koncertu, na którym się nudziłam, tego nikt nie musi wiedzieć, prawda? Wystarczy napisać #greattime i do przodu.

Sporo osób wokół mnie nie znało nawet słowa z ich piosenek. Przyznaję się bez bicia, że też nie znam wszystkich na pamięć, ale żeby tak zupełnie nic? Ani słówka? Żeby nie mieć ochoty zanucić razem a Axlem:

She’s Got a smile it seems to me

Reminds me of childhood memories

?

Nie rozumiem. Co niektórzy ludzie stali jak kołki i mam wrażenie, że lepiej by się bawili na koncercie Sławomira. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że Gunsom jest przykro, że oni się tutaj tak starają, a entuzjazm ludzi raczej średni. Przecież swoje lata też już mają, a mimo to wigoru mógłby im pozazdrościć niejeden nastolatek.

Mam nadzieję, że przypadki, o których wspomniałam to jednak byłą mniejszość. Ja z tego koncertu chce zapamiętać co innego. Zapamiętam Axla biegającego po scenie, który jak prawdziwa gwiazda co kilka piosenek zmieniał koszulki i kapelusze, Slasha nieodmiennie w swoim czarnym cylindrze, który naprawdę wymiatał na gitarze, i który na końcu koncertu stanął na rękach. Zapamiętam moment, w którym Axl wziął od fanki/a transparent (z błędem, ups, ale liczy się gest) z napisem:

Welcome to the Poland, Baby

i pokazał go publiczności. A pod koniec koncertu dostał od fanki stanik. Kiedy po powrocie do Holandii opowiadałam to znajomemu ten stwierdził, że „Widać, on ciągle ma to coś w sobie”. Tak, ma. Zapamiętam uczucie, kiedy zaczęli grać Better, piosenkę, która była mi ostatnio bardzo bliska, i Sweet child o mine, piosenkę, którą tak uwielbiam, że już nie mogę jej słuchać. Zapamiętam, też to jak pomyślałam: „Kurde długo już grają, chyba już powoli końcówka. Ale ej, nie było jeszcze  Paradise City, pewnie będzie ostatnie i finto. I zgadnijcie jaką piosenką skończyli koncert? 

Może zabrzmi to banalnie, ale podczas koncertu, tak jak jeszcze nigdy starałam się być tu i teraz, tak, żeby wycisnąć z tych chwil jak najwięcej. Z drugiej strony nachodziły mnie jakieś dziwne melancholijne myśli. O tym, że to jest pewnie jedyny i ostatni koncert Guns n Roses, w którym dane mi było wziąć udział, że teraz to już nie robią takiej muzyki i że wraz z odejściem ze sceny największych legend, nie tylko rocka, wiele tracimy. Akurat tydzień przed Gunsami odbył się jeden z koncertów z pożegnalnej trasy Rolling Stonesów. Było mi trochę smutno. Chciałoby się powiedzieć: to niesprawiedliwe, jeszcze nie czas na Was! Czy tacy wykonawcy, jak na przykład Justin Bieber,  będą w stanie załatać tę lukę? Czy następne pokolenie będą to samo mówiły: że teraz już nie ma takich gwiazd i takiej muzyki? Mi pozostaje się tylko cieszyć, że te piętnaście lat temu w odpowiednim momencie przełączyłam telewizję na odpowiedni kanał.

Guns n Roses reprezentuje hasło „Sex, drugs and rockn roll”. Mimo, że nieidealni, nie potrzebują filtrów żebyśmy kochali ich i ich muzykę. I żeby ta muzyka pozostała z nami na zawsze, nawet po tym jak opadnie już kurz na ostatniej scenie i zgasną wszystkie światła. Ze mną zostanie na pewno.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *