Przemyślenia, Wokół książek

The subtle art of not giving a fuck. Recenzja

 

Jakiś czas temu przestałam czytać książki z zakresu szeroko pojętego rozwoju osobistego. Największy problem z tego typu literaturą jest taki, że rady w niej zawarte wypadałoby od razu wcielać życie. A że często jest to mało wykonalne, co zrobić…

Panująca obecnie moda na ciągłe udoskonalanie się sprawiła, że my, przeciętni Kowalscy ciągle czujemy się nie dość dobrzy, zarówno w sensie fizycznym jak i mentalnym. Na naszym gorszym samopoczuciu korzystają  wszelkiej maści coachowie i „mentorzy”. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni żeby dostać po oczach takimi tytułami jak: „Czemu jeszcze nie jesteś szczęśliwy” czy „10 dróg do osiągnięcia sukcesu”. Ale oczywiście jak to na przekór bywa, fakt, że powstają coraz to nowe publikacje tego rodzaju, świadczy bardziej o ich porażce i nieskuteczności, niż o, nomen omen, sukcesie.

Zdarzało mi się czytać „dzieło” pewnej autorki, która w swojej książce bez żenady kopiowała pracę innych ludzi i przedstawiała to jako swoje odkrycia… Co by tu powiedzieć? Jakie czasy, tacy mentorzy.

Mark Manson to amerykański bloger, który postanowił dołączyć do grona osób, które radzą nam, jak żyć. Czyta go podobno dwa miliony ludzi, więc istnieje podejrzenie, że może mieć coś mądrego do powiedzenia. Postanowiłam to sprawdzić i szczerze mówiąc nie zawiodłam się, co wcale nie znaczy, że Manson stał się moim mentorem, nie mam też zamiaru wieszać sobie jego plakatu nad łóżkiem.

Przejdźmy do konkretów. Książka znanego blogera tym wyróżnia się od innych tego rodzaju pism objawionych, że klepie po plecach przeciętnego Kowalskiego i wyciągniętym w górę kciukiem daje znać, że bycie przeciętnym to nic złego. To nie choroba, z której powinniśmy się leczyć. Jesteśmy przeciętni w tym co robimy, jak żyjemy i jakie mamy problemy. Tak, nasze problemy są przeciętne. Myślisz, że jesteś jedyną osobą która nie lubi swojej pracy, rzucił ją chłopak albo ma przeciekający kran? No właśnie. Kiedyś strasznie mnie irytowało, że ktoś próbując mnie pocieszyć, mówił: „Nie przejmuj się tym tak, inny mają gorzej. Koleżankę mojej siostry spotkało „X” (i tutaj opis jakiejś naprawdę paskudnej historii)”. Myślałam sobie: „Co też, do cholery obchodzi mnie koleżanka twojej siostry? Przecież nawet jej nie znam.” Zawsze uważałam, że liczy się indywidualne podejście do każdej kwestii. Dla jednego problemem może być to, że nie wystarcza mu do pierwszego, bo ma ogromny kredyt hipoteczny, a dla innej osoby podobną niedogodnością może być…spóźniający się pociąg, albo fakt, że spóźni się 5 minut do pracy, bo utknął w korku. Oba problemy chociaż są różnego kalibru, mogą wywoływać podobne emocje, zależy to od osoby, którą dane nieszczęście spotka.

Ostatnio jednak stało się tak, że trochę zmieniłam zdanie. Nie chodzi mi o to, że cieszę się z cudzego nieszczęścia, ale jednak fakt, że inny zmagają się z podobnymi problemami trochę podnosi mnie na duchu.

Zaakceptowanie swojej przeciętności nie oznacza wcale, że możemy teraz przyjąć postawę pijaczka spod sklepu spożywczego, któremu wszystko jedno, o ile ma w kieszeni trochę drobnych. Tutaj chodzi bardziej o to, żeby dać sobie więcej luzu i…cieszyć się drobnymi rzeczami. Wiem, to banał, ale przynajmniej prawdziwy. Krótko mówiąc: nie musisz napisać bestselleru, albo zarobić miliona, żeby poczuć się dobrze.

Druga fajna koncepcja, którą przedstawia Manson to ta, dotycząca problemów. Są one jak natrętny komar, który jakimś cudem ostał się w pokoju i cały czas bzyczy nam nad uchem. Problemy w naszym życiu były, są i będą. I to kolejny fakt, którego zaakceptowanie może być jak gorzka pigułka, po której przełknięciu czujemy się jednak lepiej. Nie ma rozwiązań ostatecznych. Jeśli masz kiepską pracę, znalezienie lepszej wcale nie oznacza, że teraz już wszystko będzie dobrze, a w księdze twojego życia jakaś niewidzialna ręka dopisze tylko jedno zdanie: I żył długo i szczęśliwie. Możesz się raczej spodziewać tego, że za chwilę znowu coś „wyskoczy”.

Książka Mansona to dobra lektura zarówno dla tych którzy nałykali się możeszwszytsko haseł i potrzebują odtrutki, jak i dla tych którzy nigdy nie mieli do czynienia z tego typu literaturą. Podoba mi się, że spośród wielu osób tytułujących się coachmi pojawiają się jednostki, które prezentują rozsądniejsze podejście do tematu, jak i są bliżej nas, przeciętnych ludzi.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *