Lifestyle, Zdrowie i uroda

Odchudzanie kiedyś i dziś. Co zrobiłabym inaczej?

Jeśli miałabym być zupełnie szczera, to musiałabym powiedzieć, że wiele jest dziedzin życia, w których chciałabym mieć lepiej. Tak, wiem że fakt, że mam co jeść, ubranie na sobie, dach nad głową itd., sprawia, że jestem bogatsza niż 75% świata. Mądrość prosto z demotywatorów, ale ja nie o tym. Jedną z rzeczy, która już nie spędza mi snu z powiek, jest moja waga i generalnie mówiąc wygląd mojego ciała. Myślę nawet, że byłoby całkiem fajnie, gdybym mogła tak wyglądać już zawsze (powiedzmy, ze zmianami, które pojawią się wraz z wiekiem).

Jako, że odchudzanie i bycie fit to jest w ostatnich latach bardzo gorący temat, postanowiłam stworzyć swojego pierwszego demotywatora:

Jeśli jesteś zadowolona/y ze swojego wyglądu i się nie odchudzasz, to jesteś jednym ze szczęśliwszych ludzi.

 

[obrazek wstawię później]

Jednak oczywiście nie zawsze tak było. Odchudzałam się wiele razy, z różnymi efektami. Pamiętam te rozważania i rozmyślania typu: zjeść to czy nie zjeść: oto jest pytanie? Czy jeden cukierek mi zaszkodzi? Czy chleb rzeczywiście tuczy? I tak dalej.

Dzisiaj, kiedy moją głowę zaprzątają już zupełnie inne, mniej lub bardziej ważne, problemy, postanowiłam podsumować to, co myślę na temat mojego odchudzania. A z doświadczenia wiem, że problemy jednostki, są często problemami innych, więc może ktoś na tym też skorzysta. Na tej mojej „odchudzaniowej” spowiedzi.

Po pierwsze większość moich prób schudnięcia podejmowanych było wtedy, kiedy tak naprawdę odchudzać się nie musiałam. Dopiero kiedy naprawdę przybyło mi kilka dodatkowych kilogramów dowiedziałam się jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie:

Chciałabym być teraz tak „gruba”, jak wtedy , gdy pierwszy raz pomyślałam, że jestem gruba.

Znacie to? Na pewno znacie. No więc tak, odchudzałam się kiedy byłam szczupła. Bodajże pierwszy raz kiedy miałam ok. 15 lat. Potrafiłam się ważyć kilka razy dziennie, a gdy „przytyłam” 20 dag myślałam: ej, co jest przecież nic takiego wczoraj nie zjadałam? I zawsze, ale to zawsze, wchodziłam na wagę w łazience praktycznie tak jak mnie Pan Bóg stworzył, żeby czasem piżama czy bielizna nie spowodowała błędnego pomiaru i nie pokazała za dużo.

Na swoje usprawiedliwienie powiem, że w tamtym czasie odchudzało się większość dziewczyn. można powiedzieć, że taka panowała wtedy moda. Pamiętam jak jedna z moich koleżanek, która miała figurę modelki, łapała się za wyimaginowany tłuszcz na brzuchu i  ze zbolałą miną mówiła, że musi schudnąć. Na co reszta koleżanek oczywiście zapewniała ją, że nie, no co ty, chuda jesteś. Usłyszeć wtedy, że jest się chudym, było jak usłyszenie najwspanialszego komplementu.

Człowiek był młody i głupi. Dzisiaj nadal jestem młoda, ale chyba trochę zmądrzałam. Oczywiście mam jakąś tam granicę, po której przekroczeniu zapaliłoby mi się w głowie czerwone światełko, ale generalnie traktuje to bardziej na luzie, i myślę, że głównie dzięki temu nie śnią mi się po nocy pączki i inne kaloryczne rzeczy.

Po drugie nie dążyłabym do upragnionego ideału. Ma to trochę związek z tym, co napisałam wyżej. Kiedy pierwszy raz wydawało mi się, że przytyłam i muszę coś z tym zrobić był to tak efekt dojrzewania. Moje ciało się zmieniło, po prostu. Przedtem byłam bardzo, bardzo szczupła, taki typowy „szczypiorek”, aż tu nagle szok:  nogi jakieś grubsze i brzuch już nie taki płaski…To jak to, teraz już nie mogę bezkarnie jeść wszystkiego? No nie.

Dzisiaj jestem szczupła, nie jak „szczypiorek”, ale nie mam z tym problemu 😉 I kiedy oglądam zdjęcia fit ludzi z Instagrama czy Facebooka, którzy mają naprawdę wyćwiczone ciała i kaloryfery na brzuchu, szczerze, jakoś specjalnie im nie zazdroszczę. Myślę sobie wtedy

Też bym tak mogła wyglądać, gdyby tylko mi się chciało.

Ale ci się nie chce – odpowiada jakiś głos w mojej głowie.

No tak, nie chce mi się. Taki wygląd nie bierze się przecież znikąd. To są godziny ćwiczeń, trzymanie diety. Jeśli komuś sprawia przyjemność dbanie o swoje ciało do tego stopnia, jeśli to kogoś hobby, to ja to szanuję i nic mi do tego. Ale JA zupełnie nie czuję potrzeby, by też tak wyglądać. Czas, który oni spędzają na, powiedzmy siłowni, ja wolę spędzić w inny sposób. Bez wyrzeźbionego brzucha czy tyłka a la Jennifer Lopez też można mieć fajne życie. I tyle.

No i po trzecie nie stosowałabym głupich diet, czyli diet wykluczających czy bardzo niskokalorycznych. A trochę tego było: niejedzenie po godzinie 14, niejedzenie po godzinie 18 (eh,  chciałabym mieć dzisiaj tak silną wolę jak wtedy), dieta South Beach, dieta 1000 kcal.

Na diecie South Beach chyba nic nie schudłam, tylko się trochę pomęczyłam (musiałam wytrzymać bez mojego ukochanego chleba), na diecie 1000 kcal schudłam 4 kg, ale wytrzymałam na niej tylko trzy tygodnie, i o dziwo bez efektu jo jo. Niejedzenie po 14 to dieta mojego autorstwa, nie pamiętam jak długo tak wytrzymałam, ale schudłam i też bez efektu jo jo. Ale nie, nie napiszę o tym książki i nie będę polecać innym, nie chciałabym żeby ludzie zaczęli mnie masowo pozywać do sądu. A niejedzenie po 18 jest dosyć powszechną metodą zachowania szczupłej sylwetki, najmniej głupią z wymienionych. Dzisiaj często jem po 18 i od pięciu lat utrzymuję stałą wagę, więc to chyba też nie jest najszczęśliwsza metoda.

Myślę, że podobne przygody miało wiele osób. Moglibyśmy założyć klub i mówić: ten, kto się nigdy nie odchudzał, nie zna życia. Ja dodatkowo przestrzegłabym: nie szukajmy problemów tam, gdzie ich nie ma. Szkoda na to życia.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *