Przemyślenia, Wokół książek

Kilka słów o Stephenie Kingu

Po pierwszą książkę Kinga sięgnęłam całkiem przypadkiem. Było to dawno, dawno temu, za górami, za lasami, kiedy miałam mniej więcej czternaście lat i zaczytywałam się thrillerami i horrorami Deana Koontza. Przeczytałam wszystkie jego książki, jakie były dostępne w bibliotece i uważałam, że niemożliwe jest, żeby ktoś pisał lepiej od niego (pamiętajcie, że miałam tylko czternaście lat). Oczywiście słyszałam o Kingu, ale w swojej nastoletniej ignorancji, nie przeczytawszy ani jednej jego książki, wydałam na niego wyrok: pewnie jest przereklamowany.

Traf chciał jednak, że któregoś dnia sięgnęłam po książkę mistrza grozy i od razu wiedziałam, że to jest to. Była to Christine. Do dziś pamiętam, co mnie tak urzekło w tej i innych jego książkach. King nazywany jest królem horroru i to jest pewnie prawda, ale dla mnie to, co najlepsze w jego książkach to przede wszystkim klimat, świetnie opowiedziana historia i bohaterowie, obok których nie można przejść obojętnie. Christine jest akurat o nawiedzonym samochodzie, który zabijał ludzi. Absurdalny pomysł? Być może, ale King ma na swoim koncie opowiadanie o, jakżeby inaczej, nawiedzonej maglownicy, która robiła z ludzi krwawą miazgę.

Nieważne jak nieprawdopodobna i oderwana od rzeczywistości jest historia, którą próbuje nas oczarować pisarz, ważne jest to, jak jest opowiedziana i czy jesteśmy w stanie powiedzieć: tak, to naprawdę mogło się wydarzyć, może nie tutaj i teraz, ale gdzieś, kiedyś, w świecie, który ten stworzył. To właśnie odróżnia dobrego pisarza od kiepskiego: pierwszy potrafi urzec czytelnika słowem, opowiadając o rzeczach z pozoru banalnych lub nieprawdopodobnych. Nie mówimy wtedy: „nie, to niemożliwe, przecież gadające krwiożercze klauny nie istnieją”, tylko z wypiekami na twarzy przewracamy kolejne strony. Chyba nie muszę mówić, do której grupy zaliczam Kinga?

Niektórym może się wydawać, że twórca horrorów i książek fantasy może i jest popularny, ale spod jego pióra nie wychodzi literatura najwyższych lotów. No cóż, moim zdaniem w jego książkach można znaleźć więcej prawdy o świecie i ludziach niż u niejednego pisarza, którego prozę określilibyśmy jako tą ambitną. W mojej ulubionej książce  mistrza, Misery, główny bohater, pisarz Paul Sheldon, jest więziony przez psychopatyczną fankę Annie Wilkes. Ma dla niej napisać kolejną część powieści z jej ulubionej serii. Okoliczności średnio sprzyjają tworzeniu i Paul w pewnym momencie zaczyna wątpić w to, czy w ogóle nadaje się do tej roboty:

Jest wielu gości, którzy piszą lepiej ode mnie i którzy rozumieją lepiej, jacy są ludzie i co powinno znaczyć człowieczeństwo. (…) Na tym świecie jest lepiej milion rzeczy, których nie potrafię. (…) Ale jeżeli chcesz, żebym przeniósł cię w inny świat, przestraszył, zainteresował, zmusił do płaczu lub uśmiechu – to tak. Mogę to zrobić.

Nie wiem, czy King miał kiedykolwiek podobne wątpliwości co do siebie, ale mogę wam powiedzieć, że on to naprawdę potrafi. Uwielbiam dialogi w To i zawsze się wzruszam przy zakończeniu Małych ludzi w żółtych płaszczach, a w opowiadaniu Quitters, Inc. King opisał  najskuteczniejszą na świecie metodę rzucania palenia. Czego chcieć więcej?

Zanim King stał się idolem wielu ludzi wiodło mu się niezbyt kolorowo. Mówiąc precyzyjniej przed wydaniem pierwszej powieści King wraz z żoną ledwo wiązali koniec z końcem. On pracował w szkole jako nauczyciel angielskiego i strasznie bał się tego, że tak właśnie będzie wyglądało całe jego życie, że będzie uczył i prowadził kursy kreatywnego pisania. A on marzył o pisaniu, o wydaniu pierwszej książki. Pewnego dnia, w czasie przerwy między lekcjami, zawołano go do telefonu – to żona dzwoniła od sąsiada (ich nie było stać na telefon). King wspomina, że pomyślał wtedy, że albo coś się stało któremuś z ich dzieci, albo kupili jego książkę. Niedługo później Carrie ujrzała światło dzienne, a King nie musiał już nigdy przejmować się, czy wystarczy mu do pierwszego.

King napisał naprawdę bardzo, bardzo dużo książek. Czy wszystkie są świetne? Nie wiem, bo nie czytałam wszystkich, ale śmiem przypuszczać, że nie. Mi na przykład nie podobało się, chwalone przez wielu, Lśnienie. Nie zmienia to faktu, że sukces osiągnął nie przez przypadek. Na stałe wpisał się do kanonu kultury. Bo kto nie zna chociażby ekranizacji Zielonej mili czy Skazanych na Shawshank?

Oglądam czasami wywiady z Kingiem.  Na pierwszy rzut oka widać, że jest raczej wyluzowany i nie zadziera nosa, bo sprzedał ileś tam milionów książek. Do tego cały czas jest z jedną kobietą, którą nazywa „swoim idealnym czytelnikiem”. Dziennikarze i fani często zadają mu podobne pytania: skąd czerpie pomysły, jaka jest jego ulubiona postać itd. Gdybym ja spotkała Kinga to zadałabym mu tylko jedno pytanie: Jak to jest być tak zajebistym?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *