Wokół książek

Top 5 książek 2017 roku

 

 

 

Jak co roku, wśród przeczytanych książek znalazło się kilka gniotów, kilka książek, o których istnieniu zapomniałam zaraz po zamknięciu ostatniej strony, oraz kilka perełek, do których na pewno będę wracać. Poniżej przedstawiam moje top 5 książek 2017 roku. Kolejność, poza ostatnią pozycją, jest przypadkowa.

  1. Co gryzie Gilberta Grape’a, Peter Hedges

Nie oglądałam wcześniej filmu, który powstał na podstawie tej książki. Oczywiście słyszałam o nim, słyszałam też o świetnej (podobno) w nim grze młodego Leonardo di Caprio. Na książkę trafiłam przypadkiem w bibliotece, była tak zniszczona, że kiedy skończyłam ją czytać odpadła tylna okładka. Książka przedstawia losy tytułowego Gilberta i jego rodziny, mieszkających w małym miasteczku w USA, Endorze. Życie Gilberta, na pozór, można określić tylko dwoma słowami: nuda i przeciętność, jednak czytając tą książkę odczuwa się zgoła inne emocje. Dość powiedzieć, że na końcu naprawdę się wzruszyłam. Polecam.

  1. Król szczurów, James Clavell

Jeśli jesteście mniej więcej w moim wieku (rocznik 88) to pewnie kojarzycie, że kiedyś w telewizji leciał taki serial – Shogun, namiętnie oglądali go nasi rodzice. No więc, ten serial powstał na podstawie książki (mającej ponad tysiąc stron), niejakiego Jamesa Clavella, który napisał także (mającego około czterysta stron) „Króla szczurów”. Shoguna nie czytałam, ale „Króla…” mogę z czystym sumieniem polecić. Zawierająca wątki autobiograficzne powieść opowiada o życiu w japońskim obozie jenieckim. Wciąga od pierwszej strony. Po przeczytaniu gwarantuję dłuższą zadumę nad, mówiąc szumnie, kondycją człowieka i jego zachowaniem w sytuacji ekstremalnej.

  1. The catcher in the rye, J. D. Salinger *

“Buszujący w zbożu”, klasyka, literacki must have, czytałam to trzeci raz, tym razem w oryginale. Gdyby ktoś mnie zapytał, o czym jest ta książka, to naprawdę miałabym problem z udzieleniem dobrej odpowiedzi. I chyba powiedziałabym mniej więcej coś takiego:

To o takim chłopaku, który zostaje wyrzucony z kolejnej szkoły, później jedzie do Nowego Jorku, no i tam ma różne przygody.

Brzmi niezbyt ciekawie, prawda? W moim przypadku jest tak, że jak nie wiem, co mnie pociąga w danej książce czy filmie, to jest to klimat. Tutaj dodatkowo mamy głównego bohatera, Holdena Caulfielda, którego, mimo tego, że prawie wszystko wprawia go w depresyjny nastrój, nie sposób nie polubić. Ja mam bardzo podobne do Holdena spojrzenie na wiele kwestii. Uwielbiam na przykład ten fragment:

A lot of people, especially this one psychoanalyst guy they have here, keeps asking me if I’m going to apply myself when I go back to school next September. It’s such a stupid question, in my opinion. I mean how do you know what you’re going to do till you do it? The answer is, you don’t. I think I am, but how do I know? I swear it’s a stupid question.* *

Na następnej rozmowie o pracę, na pytanie: “Gdzie pani widzi siebie za 5 lat?”, tak właśnie zamierzam odpowiedzieć.

 

  1. Za ścianą, Sarah Waters

Namiętność, zbrodnia, i świetnie przedstawione życie w Londynie w 1922 roku. Od pierwszej strony widać, że Sarah Waters świetnie pisze, ja już kupiłam następną jej książkę. Za ścianą rozkręca się powoli (co nie znaczy, że jest nudna), by mniej więcej w połowie bez reszty wciągnąć do swojego świata.

And the Winner is…

  1. Martin Eden, Jack London

Dawno żadna książka nie wywarła na mnie takiego wrażenia i nie sprawiła, że dosłownie nie mogłam się od niej oderwać. Z niecierpliwością przewracałam kolejne strony ciekawa jak cała historia się skończy. Książka wciągnęła mnie do swojego świata tak, że zapominałam, że to, co czytam to fikcja literacka. Wdarła się do mojego top 10 ulubionych książek jak utwór Ona tańczy dla mnie na szczyty list przebojów.

Brzmi jak opis jakiegoś kryminału z półki z napisem nowości i bestsellery? Cóż, muszę was rozczarować…Mówię o książce wydanej ponad sto lat temu, książce którą przeciętny współczesny czytelnik pewnie ominąłby szerokim łukiem, bo klasyka, bo nudy, bo nieciekawa okładka…

Książka przedstawia losy tytułowego Martina Edena, chłopaka pochodzącego z biednej klasy robotniczej, który zakochuje się w dziewczynie z bogatego domu. Jak nietrudno się domyślić zrobi wszystko żeby ją zdobyć.

Wiem, że w tym momencie wygląda to na opis jakiegoś romansidła, w najlepszym razie czegoś podobnego do Lalki Prusa, ale tak nie jest. Martin bowiem odkrywa w sobie pasję jaką jest…pisanie.

Wiara w siebie, determinacja i całkowite skupienie na celu to słowa, które najlepiej charakteryzują jego postawę. Martin w stu procentach poświęca się gorączce pisania. Nie mogą mu w tym przeszkodzić bieda, głód i ciągłe przytyki innych, żeby wziął się do „normalnej” pracy. Przewracając kolejne strony myślimy: teraz już na pewno musi mu się udać! Nie? Martin znowu biegnie do lombardu i zastawia swój jedyny garnitur i rower, by mieć pieniądze na znaczki pocztowe, dzięki którym, jak mówi, „puszcza swoje dzieła w świat”. Przeciwko sobie ma nie tylko najbliższe osoby, ale też całe zastępy redaktorów przeróżnych czasopism, którzy bardziej niż wartościowe rzeczy wolą drukować „sieczkę literacką”. Martin wie, że musi dosłownie dokonać niemożliwego:

Dopięli swego dokonawszy niemożliwości (o pisarzach, którym się udało – dopowiedzenie moje). Stworzyli rzeczy tak wspaniałe i ogniste, że w ich żarze wszelkie przeszkody obróciły się w popiół. Doszli do mety cudem, jedną szansę na tysiąc.(…) Przede mną stoi to samo zadanie: muszę dokonać niemożliwego.

Czytając tę książkę zadajemy sobie pytanie: ile człowiek może poświecić, aby osiągnąć wymarzony cel, ile porażek i odmów może znieść? Jak długo można trwać przy swoim, gdy wszyscy inni pukają się w czoło i z politowaniem patrzą na to, co robimy? Gdzie leży granica naszej wytrzymałości? A co jeśli po tym wszystkim okaże się, że jednak nie było warto?

Bardzo polecam osobom, które potrzebują motywacji i porządnego kopa w tyłek.

 

* W ogóle to jest książka, którą mogę polecić osobom, które chcą poczytać coś nietrudnego po angielsku, a za bardzo nie wiedzą co. Naprawdę czytanie jej w oryginale nie jest wcale trudne. Podczas lektury myślałam sobie:

Wow, ja to jednak dobrze znam angielski, prawie w ogóle nie muszę korzystać ze słownika!

To „wow” zamieniło się na „yyy, chyba jednak nie”, jak zaczęłam czytać w oryginale Czerwonego Smoka Thomasa Harrisa, no, ale to już inna historia.

** The catcher in the rye, J. D. Salinger, Little, Brown and Company

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *